drukuj

„Czas spędzony w Liceum, to najpiękniejsze lata w życiu młodego człowieka“. Rozmowa z posłanką na Sejm- Danutą Olejniczak

fot. A.Pakulski

25 września rozpoczyna się X zjazd Absolwentów w LXV rocznicę I LO. O szkolnych wspomnieniach porozmawiałem z absolwentką I LO, członkinią Komitetu Honorowego X zjazdu, posłanką na Sejm- Danutą Olejniczak.

   - Jak wspomina Pani lata spędzone w Liceum?

   - Myślę, że każdy bardzo dobrze wspomina szkolne czasy. Ja również z przyjemnością do nich wracam, tym bardziej, że jak wszyscy absolwenci jestem dumna z ukończenia tej szkoły. Liceum im. Stanisława Dubois uważa się za szkołę z tradycjami, do której trudno było się dostać. Lata spędzone w szkole średniej, to czas kiedy nie tylko się uczymy i przygotowujemy do dorosłego życia, ale również przeżywamy pierwsze miłosci, zawieramy przyjażnie na całe życie. To czas beztroski, kiedy nie musimy zabiegać o potrzeby życia codziennego.

   - Liceum im. St. Dubois w powszechnej opinii jest uznawane za elitarne. Jakie zasady i regulaminy obowiązywały w tej szkole?

   - Dubois to na pewno szkoła z dużymi wymaganiami w stosunku do uczniów i kadry pedagogicznej. Powiedziałabym, że nawet konserwatywna. W moich czasach każda klasa miała jednakowe stroje, co wyróżniało nas wśród innych szkół .Stroje były szyte z kiepskich materiałów, żeby wszystkich było na nie stać. Pamiętam, że w drugiej klasie miałyśmy brązowe sukienki z tzw. dewetyny, materiału który wycierał się w dziwnych miejscach, częściej narażonych na ucisk. Do szkoły nie wpuszczano uczniów bez tarczy, pamiętam do dziś, jak dyrektor Żyła stał przy wejściu do szkoły i sprawdzał czy są na trwale przyszyte.

   - Jak ocenia Pani kadrę pedagogiczną? Czy zapamiętała Pani szczególnie któregoś nauczyciela?

   - Kadra pedagogiczna była merytoryczna, z dobrym przygotowaniem i bardzo wymagająca, lecz też bardzo przyjazna uczniom. Dobrze pamiętam wszystkich swoich nauczycieli, zwłaszcza swoją wychowawczynię Marię Poniatowską, profesora Dąbrowskiego zwanego „Hefajstosem",dyrektora Trząskowskiego, Zofię Wąs, profesor Sklenarską i innych. Profesor Dąbrowski, nauczyciel historii był bardzo ciężkim „przeciwnikiem", wymagającym, ale równocześnie wyczuwało się w nim wewnętrzne, ludzkie ciepło. W czasie wykładów często wykraczał poza program nauczania, przekazywał nam też wiedzę mniej historyczną a bardziej obyczajową. Ceniliśmy go za sposób przekazywania wiedzy, mimo że bywał dla nas często niemiły. Krzyczał, gdy któraś z uczennic miała za krótką sukienkę i radził by udała się na pokaz mody do Bobolic. Nasza wychowawczyni była pedagogiem o wyjątkowym spokoju i kulturze, nigdy nie podnosiła głosu, nie pokazywała swoich emocji.

   - Czyli wg. Pani najmilej wspomina się nauczycieli wymagających i wzbudzających respekt?

   - Szczerze mówiąc, tak. Tych nauczycieli wspomina się najdłużej, ponieważ związane z nimi sytuacje na długo zapadają w pamięci. W tamtych czasach szacunek dla nauczycieli, ludzi starszych od nas był wpisany w proces wychowania w rodzinie, niemniej to nauczyciel musiał dodatkowo sprawić, że czuliśmy do niego respekt. Moja rodzina to od pokoleń poznaniacy, w moim domu zawsze była duża dyscyplina i rygor. Było rzeczą niedopuszczalną nieokazywanie szacunku dorosłym, lekceważenie czy też nieeleganckie zachowanie. Dzisiaj w szkołach jest zupełnie inaczej. Jednak mam nadzieje, że Dubois się nie zmienia. Gdy moja córka uczęszczała do naszej szkoły, jest również absolwentką, często narzekała na wysokie standardy i rygory różniące Duboisa od innych szkół. Muszę się przyznać, że mimo upływu wielu lat, gdy szłam na wywiadówkę do córki, zawsze czułam nieuzasadniony niepokój i respekt, przekraczając drzwi szkoły.

   - Szkoła, którą Pani ukończyła często nazywana jest przez młodzież zakonem. Czy prawdziwe może być stwierdzenie, że jest Pani absolwentką klasztoru?

   - Nie, zdecydowanie nie był to klasztor. Choć, rzeczywiście nauczyciele wykazywali zainteresowanie naszym życiem, również pozaszkolnym. Nie było tak jak teraz, że uczeń wychodzi poza budynek placówki i tak naprawdę znika z pola zainteresowania nauczycieli. W naszym Liceum było inaczej. Na mój bal studniówkowy nie wolno było zaprosić partnerów z zewnątrz, a ponieważ dziewczyny były w większości, zaproszono uczniów Szkoły Oficerskiej. Z tego faktu narodziło się nawet jedno małżeństwo. Pamiętam też takie zdarzenie, rodzice wysłali mnie po zakupy do jedynych w tamtym okresie koszalińskich delikatesów , na ulicy spotkałam Panią profesor Zofię Wąs i już wieczorem odwiedziła moich rodziców, żeby powiedzieć, że, „ Danuta popołudniu szlifuje bruki Koszalina". Wyglądało to tak, jakbym nie mogła w wolnym czasie wyjść na ulicę. Drugi przykład, gdy uczennicą naszego liceum była moja córka Agnieszka. Zostałam poinformowana przez jej wychowawcę, że pod szkołą czekał na nią kolega, który nie jest uczniem naszej szkoły. Także będąc w pracy mogłam być spokojna o kontakty mojego dziecka, szkoła czuwała.

   - A jak wraz z koleżankami z klasy spędzała Pani czas wolny od nauki?

   - Nie tylko z koleżankami, czasem nawet z kolegami, bo Dubois nie było zakonem. Naszą jedyną rozrywką było chodzenie do Empiku. W tamtym czasie nie było kawiarni, pubów i dyskotek dla młodych ludzi. Spędzaliśmy czas na czytaniu gazet i rozmowach. I tam również pojawiali się nauczyciele, którzy przychodzili „na kontrolę". Byli bardzo zaangażowani w nasze bezpieczeństwo.

   - Gdyby miała Pani dokończyć zdanie. Ulubiony szkolny przedmiot to...

   - Zdecydowanie geografia i biologia. Nie przepadaliśmy za językiem angielskim, ponieważ Pani Dąbrowska (żona naszego historyka) kazała nam szczegółowo wszystkiego uczyć się na pamięć. Powiem szczerze, że dzisiaj potrafię wyrecytować czytanki i dialogi, których kiedyś uczyłam się w szkolę. Często taka nauka nie polegała na zrozumieniu tekstu, ale na pewno bardzo pomagała w składni i właściwym akcencie. Taka to była metoda. Jednak muszę przyznać, że moje koleżanki, które zdawały na filologię angielską twierdziły, że akcentu i znajomości gramatyki można nam pozazdrościć. Będąc młodym człowiekiem mamy inną skalę ocen, to co dokuczliwe, czasochłonne i trudne wydaje się złe, bo robione pod przymusem.

   - Lata spędzone w szkole średniej to czas gdy poznaję się nowych przyjaciół. Czy w tej szkole zawarła Pani jakieś znajomości które trwają do dziś?

   - Zdecydowanie tak. Najbardziej szczere, wartościowe, bezinteresowne przyjaźnie w moim życiu, to właśnie te ze szkoły. Z wieloma koleżankami z klasy, zwłaszcza tymi z którymi chodziłam również do szkoły podstawowej, utrzymujemy bardzo bliskie kontakty i spotykamy się tak często jak tylko czas pozwala. Nawet z tymi, które wyjechały z Koszalina, a nawet z kraju. Każdemu spotykaniu towarzyszą wspomnienia z młodości, co nierozerwalnie wiąże się z naszą szkołą. Obecne wspomnienia, z dystansu wielu lat są słodkie i radosne, tego co było trudne nie pamiętamy.

   - A co z pozostałymi osobami z Pani klasy? Wie Pani jak wyglądają i czym się obecnie zajmują? Może ma Pani z nimi kontakt, przez popularne ostatnimi czasy serwisy społecznościowe, jak np. nasza-klasa?

   - Nie korzystam z tego typu serwisów ze względu na brak czasu. Jednak wiem, co się dzieje z pozostałymi osobami z klasy. Czasami widujemy się na ulicy, przekazujemy sobie informacje poprzez osoby trzecie i jeszcze z niektórymi spotykamy się na zjazdach, a więc sporadyczny kontakt mamy. Tyle, że z moimi przyjaciółkami spotykamy się dużo częściej. Wszystko o sobie wiemy, raportujemy sobie ważne wydarzenia z naszego życia i życia naszych rodzin. Przecież spotykamy się po to, aby mile spędzić czas i rozmawiać. Spotykam się również towarzysko z absolwentami, którzy nie chodzili do mojej klasy, ale znam ich z naszego liceum.

   - Dzisiejsza młodzież uczęszczająca do szkoły średniej, często nie ma sprecyzowanych planów na przyszłość. Jak było w Pani w przypadku? Czy będąc uczennicą Liceum, wiedziała Pani czym się chce w życiu zajmować?

   - Tak, miałam ogólne plany, resztę napisało życie. W naszej szkole były organizowane specjalne zajęcia, które pomagały dokonania wyboru drogi zawodowej, polegały na spotkaniach z osobami reprezentującymi różne grupy zawodowe. Ale mam przeświadczenie, że raczej młodzi ludzie już w szkole podstawowej dokonują pierwszych wyborów swojej drogi życiowej. Mam dwoje dzieci i wiem, że znacznie wcześniej mieli sprecyzowane marzenia i plany na przyszłość. Oczywiście jako rodzic byłam od tego, aby doradzać i wspierać, ale tak naprawdę zawód wybrali sobie sami.

  - Miała Pani już wtedy wykreowane poglądy polityczne? Myślała Pani kiedyś, że zostanie politykiem? A może prowadziła Pani aktywną działalność np. w samorządzie klasowym czy szkolnym?

  - W samorządzie klasowym tak, ponieważ jak wcześniej mówiłam, wraz z koleżankami i kolegami z podstawówki stanowiliśmy dość liczną, kreatywną i zgraną grupę. Organizowaliśmy wycieczki, różne imprezy. Nigdy jednak nie myślałam, że zajmę się polityką. Zresztą w tamtych latach nikt o tym nie marzył, kurs był jedynie słuszny i najwłaściwszy. Myśl o polityce zaczęła się wtedy, gdy jako osoba dojrzała obserwowałam naszą politykę w mediach. Z natury jestem osobą aktywną, społecznikiem, nigdy nie umiałam przechodzić obojętnie obok ludzi. Wielokrotnie śledząc politykę, myślałam sobie, że potrafię krytykować, dostrzegać błędy, ale też zadawałam sobie pytanie: co zrobiłam, aby ten stan zmienić? Podjęłam decyzję, że samotnie nic nie uda się zrobić i że trzeba zapisać się do partii, która odpowiada mi światopoglądowo. Uczyniłam to i stało się.

  - Pamięta Pani jakieś śmieszne sytuacje, które przytrafiły się w tej szkole?

  - Pamiętam dowcip, który powtarzany jest do dziś. Kiedy były dwa licea w Koszalinie, nauczyciele przyszli do obu i zadali uczniom: „macie nauczyć się książki telefonicznej na pamięć" W Broniewskim spytano po co?, a w Dubois na kiedy?
Ciekawa historia miała miejsce w III klasie, w trakcie wycieczki w Bieszczady. W schronisku w Ustrzykach Dolnych, grupa uczniów „zachowywała się skandalicznie". Wiem, że jeden z kolegów przywiózł butelkę wina własnej roboty i chłopcy musieli tego wyrobu spróbować, po czym przyszli do naszego pokoju, gdzie spało pięć dziewczyn. Głośne rozmowy i wspólne śmiechy zwabiły nasze opiekunki. Nakazano nam stanąć w szeregu na korytarzu, kolejno proszono nas do pokoju profesorek i przepytywano na okoliczność naszego niekulturalnego zachowania i zakłócania spokoju. Pamiętam do dziś ten śmieszny widok, jak w koszulach nocnych i pidżamach, staliśmy na korytarzu nocą, jak skazańcy. Efektem tej feralnej nocy było obniżenie grupie rozrabiaków ocen ze sprawowania do trójki. W tamtych czasach była to ocena dyskwalifikująca w oczach innych, a tak naprawdę nic takiego nie zrobiliśmy. Tym bardziej, że wtedy niektórzy z nas byli już pełnoletni. Inną przygodę, która utkwiła mocno w mojej pamięci, to zajście z ówczesnym dyrektorem szkoły i naszym nauczycielem chemii, profesorem Trząskowskim. Pewnego dnia, w trakcie zajęć z naszą klasą, dyrektor został poproszony przez sekretarkę do telefonu, ja i moje trzy koleżanki w tym czasie zajrzałyśmy do dziennika, aby odczytać stopnie z ostatniej klasówki, której wyników nie znaliśmy. Gdy byłyśmy nachylone nad dziennikiem, dyrektor niespodziewanie szybko wrócił do klasy. Ponieważ był człowiekiem bardzo porywczym, zaczął na nas krzyczeć i wykrzyczał „zaczyna się na dzienniku a kończy na cudzej kieszeni", poczym wyrzucił nas z klasy na korytarz. Stojąc na korytarzu nie mogłyśmy pojąć, co ma złodziejstwo wspólnego z zaglądaniem do dziennika.

  - Czy ktoś jeszcze z Pani rodziny poza córką, jest absolwentem Liceum im St.Dubois?

  - Bardzo namawiałam swojego syna, żeby poszedł do naszego liceum, ale on, mimo nacisków z mojej strony, nie wyraził zgody. Tłumaczył to tym, że Agnieszka musiała się zbyt dużo uczyć i na nic nie miała czasu poza nauką, dlatego wraz z kolegami ze szkoły podstawowej wybrał inne liceum. Jako nowoczesna matka zgodziłam się na ten pomysł. Pomyślałam, że lepiej będzie jeśli sam podejmie decyzje, gdzie chce zdobywać szlify. Natomiast moja córka, po przygotowaniu w Duboisie zdała rewelacyjnie egzaminy na medycynę i jest to niewątpliwa zasługa nauczycieli.

  - Liceum Dubois posiada tysiące absolwentów. Jednak to właśnie Pani została wybrana do Honorowego Komitetu Zjazdu. Jakie to uczucie?

  - Czuję się szczególnie wyróżniona, miłe to. Pan dyrektor Janus poprosił mnie, żebym uczestniczyła w tym komitecie. To na pewno zobowiązanie, ale swojej szkole nie odmawia się.

  - Jak zachęciłaby Pani te osoby, które nie podjęły jeszcze decyzji o (uczestnictwie) przyjeździe na tegoroczny zjazd i jubileusz?

  - Powinni uczestniczyć. Nie wyobrażam sobie innej możliwości. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, że lat nam przebywa, póki mamy zdrowie, siły i chęci to po prostu musimy być. To jest w końcu nasza szkoła i nasze wspomnienia. Nikt nie musi nas prosić.

  - A czy Pani klasa pojawi się w pełnej obsadzie? Czy posiada Pani informacje na ten temat?
 
  - 
Na pewno nie w komplecie, ale myślę, że licznie. Jestem w trakcie namawiania niektórych osób, które nie do końca się zdecydowały. Na pewno nie przyjedzie nasza przyjaciółka z Kanady, która niedawno była w Polsce. Są to wysokie koszty. Wiem, że jak zawsze będą osoby z innych klas. Niedawno był u mnie Roman Jędrzejewski, lekarz koszalińskiego szpitala, rozmawialiśmy o zjeżdzie. Mówiliśmy o tym, że nie wyobrażamy sobie tego, żeby nas mogło zabraknąć tego dnia w szkole. Nawzajem się wszyscy przekonujemy, że musimy być tam razem ze wszystkimi.
 
  - Czy przechodząc obok budynku szkoły, odczuwa Pani jakiś sentyment do tego miejsca?

  - Zdecydowanie tak. Czuje nawet bicie serca. Powiem tak, spędziliśmy tam 4 lata, tam zaczynało się nasze dorosłe życie. Z wieloma ludźmi związanymi ze szkołą utrzymuję kontakty, także z nauczycielami. To zaskakujące, że nauczyciele pamiętają nas z imienia. Uważam, że stanowimy jedną wielką „rodzinę", która jest związana z "Dibulcem". Tam zostawiliśmy najpiękniejsze lata naszego życia.

   - A gdyby była możliwość powrotu do Liceum?

   - Bardzo chętnie, ale tylko mając tamten wiek, a zachowując obecny rozum i doświadczenie życiowe.

Rozmawiał:  Mateusz Mońko

Zdjęcia

  • fot. A.Pakulski
mateusz
Autor:mateusz

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać