Czwórki w życiu dyrektora
Czy zastanawiał się pan kiedyś, czy cyfra cztery pojawia się w pana życiu?
– Szczerze mówiąc, to nie. Ale tak sobie teraz myślę, że i owszem, kilka ich było i jest.
No to po kolei. Co pierwsze przychodzi panu na myśl?
– W szkole teatralnej każdy z nas miał w szatni swój numer. Ja miałem Mickiewiczowskie „czterdzieści i cztery", znane wszystkimz „Dziadów". Może to był jakiś znak? Grałem przecież księdza Piotra swego czasu. (śmiech)
A skoro jesteśmy przy teatrze. Jest może garderoba numer cztery w BTD?
– Cztery nie, ale dwadzieścia cztery owszem. Jest to garderoba męska, zwana zieloną. Wiąże się z nią zabawne wspomnienie. W dniu premiery „Dziadów" właśnie, chwilę przed wyjściem na scenę, znaleź-liśmy w tejże garderobie aktora grającego jedną z głównych ról, w stanie... No cóż, powiedzmy, że głowę swą umęczoną złożył na stole i spał głęboko. Ogarnęło nas przerażenie, bo za chwilę trzeba wychodzić na scenę. Na szczęście, dzięki wysiłkowi całej ekipy, udało się nieszczęśnika doprowadzić do ładu i premiera się odbyła. W tej garderobie gościli również między innymi Michał Bajor i Andrzej Seweryn, a przy okazji cyklu VIP-y Dzieciom – prezydent Mirosław Mikietyń-ski.
Występował pan może w sztuce czterech aktorów?
– Tak, była to „Szklana Menażeria" grana w Koszalinie w latach osiemdziesiątych. Co ciekawe, przedstawienie cieszyło się dużym powodzeniem – graliśmy je ponad dwieście razy.
Sztuka trwająca cztery godziny?
– Aaa, była i taka! Kiedyś w teatrze w Płocku grałem Mistrza w „Mistrzu i Małgorzacie". Przedstawienie faktycznie trwało ponad cztery godziny, a widzowie jakimś cudem to wytrzymywali. (śmiech)
Pamięta pan może, która premiera była czwartą w poprzednim sezonie?
– „Bankrut" w reżyserii Michaiła Lewszyna. I z tym wiąże się historia: otóż załatwiliśmy Lewszynowi wszystkie niezbędne dokumenty na przyjazd do Polski i Koszalina. Miał się tu pojawić pierwszego stycznia ubiegłego roku. Tego dnia odebrałem telefon z lotniska w Warszawie, dzwoniła Straż Graniczna, że przyleciał niejaki Lewszyn, ale nie ma aktualnej wizy i co oni mają zrobić. Kilka godzin trwało załatwianie wszystkiego, ale jakoś się udało. A Lewszyn? Cóż, jak na artystę przystało – nie zawracał sobie głowy jakimiś papierkami. Kiedyś tam jakąś wizę mu wbito w paszport i przez myśl mu nawet nie przeszło, że może już być nieaktualna. (śmiech)
A w życiu prywatnym również miał pan do czynienia z czwórkami?
– I owszem. Koszalin jest czwartym miastem, z którym zwią-załem się zawodowo. Wcześniej były Warszawa, Częstochowa i Płock. No i numer mojego mieszkania to właśnie cztery.
Rozmawiała: Agnieszka Gontar


























Kontakt: