Déjà vu po koszalińsku
W przypadku Kondaszewskiego twierdzenie, że jest nowym dyrektorem szpitala, jest nieuprawnione, bo już nim kiedyś był, ale półtora roku temu złożył rezygnację i odszedł. W tamtym czasie w szpitalu trwał spór płacowy z pielęgniarkami i położnymi domagającymi się podwyżek. Dyrektor nie poradził sobie z tym problemem. Mówiło się, że uciekł, pozostawiając go swojemu następcy.
Minęło jednak półtora roku, spory płacowe udało się załagodzić i Kondaszewski, namaszczony przez marszałka województwa, wraca. Déjvu w klasycznej postaci. Wbrew uświęconym tradycją regułom postępowania, wchodzi drugi raz do tej samej rzeki. Historia zna takie przypadki i ich smutne zakończenia.
Cesarz Napoleon, po klęsce w bitwie pod Lipskiem w 1813 roku, został zmuszony do abdykacji, po czym w 1814 roku został zesłany na Elbę. Po roku wrócił i znów przejął władzę. Na sto dni. 18 czerwca 1815 roku poniósł sromotną klęskę w bitwie pod Waterloo i to był koniec jego władzy. Zesłany na wyspę Świętej Heleny, już nigdy nie powrócił.
Dyrektor Kondaszewski, w opinii swoich mocodawców z urzędu marszałkowskiego, jest jedyny i niezastąpiony. Jak twierdzą, to właśnie on i tylko on, jest w stanie udźwignąć organizacyjny ciężar planowanej modernizacji i rozbudowy szpitala.
Nie ujmuję Kondaszewskiemu talentów organizatorskich. Co więcej, życzę mu, żeby wydźwignął nasz szpital na jak najwyższy poziom. Co jednak wydarzy się za sto dni? Niewykluczone, że pielęgniarki i położne znów zażądają podwyżki płac.
A wtedy... Wtedy dyrektor Kondaszewski może mieć swoje Waterloo.
Henryk Sobolewski


























Kontakt:
Korekta.
Winno być: Déjà vu
Korekta
Dziękuję za spostrzegawczość ;)