"Dowód" w koszalińskim Bałtyckim Teatrze Dramatycznym
Można powiedzieć, że „Dowód” Teatru Polonia to produkcja rodzinna z ciekawą genezą. Nieobecny na rodzimych scenach przez blisko 30 lat Andrzej Seweryn decyduje się na wyreżyserowanie i zagranie we współczesnej sztuce (Seweryn od lat zajmuje się raczej klasyką) o broadwayowskich korzeniach u boku swojej córki w teatrze byłej żony. Z jakim skutkiem? Chyba nieco gorszym, niż można było się spodziewać, ale- nie narzekajmy zbyt mocno-jak czynią to niektórzy krytycy- to całkiem przyzwoity spektakl.
W 2001 roku David Auburn zdobył za "Dowód" Nagrodę Pulitzera w kategorii dramatu oraz Tony Award za najlepszą sztukę. Nie bez echa przeszedł też film Johna Maddena z 2005 roku z m. in. Anthonym Hopkinsem i Gwyneth Paltrow. Historia jest dość prosta. Catherine (Maria Seweryn), bystra studentka, rezygnuje z nauki, by zajać się chorym psychicznie ojcem- genialnym matematykiem (Andrzej Seweryn). Po jego śmierci w zapuszczonym nieco dworku- ich dotychczasowej enklawie - pojawia się siostra Catherine- Claire (Joanna Trzepiecińska) oraz Hal (Paweł Ciołkosz), doktorant profesora, który- prawdopodobnie- ma nadzieje na znalezienie tajnych zapiskow-teorii promotora dotyczących liczb pierwszych. Przy okazji rozkochuje w sobie pogubioną Catherine a spoza psychologicznego dramatu rodzinnego zaczyna przedzierać kryminalna historia.
Spektakl Seweryna jest mocno filmowy. Czasami aż nazbyt. Wyciemnienia, dźwięki odlatującego samolotu (gdy mowa o wyjeździe Claire), szum głosów dochodzących z wnętrza domu (podczas popogrzebowego spotkania) etc. to raczej niepotrzebne tautologie. Inaczej jest z retrospekcyjnym charakterem spektaklu- powracające sceny z przeszłości i następujące-teraźniejsze czynią sztuką czymś na wzór kryminalnej zagadki wciągającej widza, od którego- dzięki temu zabiegowi- wymaga się nie tylko śledzenia psychologicznego rozwoju postaci, ale też rozwikłania sprawy tytułowego „dowodu”. Nuży nieco statyczna, ”po bożemu” zaaranżowana scenografia Macieja M. Putowskiego a mocno współczesna muzyka Antoniego Łazarkiewicza (wykorzystującego m.in. „One is the loneliest number” Three Dog Night) niekoniecznie do niej przystaje. Aktorsko jest też różnie. Początkowo potraktowana dość schematycznie postać pragmatycznej, pięknej Claire- prostej, ograniczonej i zasadniczej bizneswoman z Wall Street z czasem nabiera barw, a raczej odcieni. Podobnie jak rola Hala- sprawnie, choć trochę zbyt „po uczniowsku” grana, nagle dostaje rumieńcow, zaczyna się wypełniać aktorskimi smaczkami, nie unika niuansów.
„Dowód” to spektakl zestawionych kontrastów i analogii. Wielostronicowy zeszyt z zapisaną w nim matematyczną teorią nie jest spektakularnym powrotem genialnego naukowca na łono uniwersytetu. „Dowód” nie jest spektakularnym powrotem wybitnego aktora na łono rodzimej sceny. Ojciec-Robert- tytan pracy, despota oczekuje od córki poświęcenia i przyporządkowania. Ojciec-Seweryn ustępuje miejsca córce. Ten spektakl prowadzi Maria. Z absolutnie pełnym zaangażowaniem w rolę. Choć nie jest to rola skonstruowana bez zarzutu. Z powodzeniem Marii Seweryn można zarzucić nadmierną ekspresywność, rozdygotanie, nieco sztuczne ironizowanie i chwilami-mało wiarygodny entuzjazm, którym to jeszcze towarzyszy jakaś irytująca maniera aktorki. I wszystko to być może zaslugiwałoby na słuszną krytykę, gdyby nie fakt towarzyszącego jej na scenie ojca- Andrzeja Seweryna, którego wyważone, zdystansowane, intelektualne raczej niż emocjonalne aktorstwo staje w kontrze do środków aktorskich córki i tworzy jej znakomite dopełnienie. Młodość kontra doświadczenie. Ekspresywność kontra rzemiosło. Miłość kontra dowód. W sztuce jest ich co najmiej kilka. Dowód-matematyczny wywód, dowód miłosci, która nie istnieje bez zaufania, dowód poświęcenia własnego spełnienia na rzecz ukochanych, dowód-symptom zwiastujący chorobę.
Podsumowując. „Dowód” Auburn’a w reżyserii A. Seweryna nie jest spektaklem bez skaz. Nie przesadzę chyba jednak, życząc-w nowym roku- sobie i koszalińskim widzom jak najwięcej takich dobrze skrojonych aktorsko sztuk. Szczególnie na naszej koszlińskiej scenie, która -już od paru sezonów niestety- ciągle nie potrafi dać dowodu na to, że teatr i śmieszyć i wzruszać może. Nawet powinien. A przepis jest prosty. Wystarczy czwórka aktorów, kawałek scenografii, trochę dobrej woli, szczypta pomysłu i odrobina talentu.



























Kontakt: