Kryzysowe szkolenie z ecodrivingu
Fot. www.sxc.hu
Słyszał o niej chyba każdy kierowca, a wszyscy, którzy muszą zapłacić za paliwo, stosują się do jej zasad. To logiczne, bo kto jeździ ekonomicznie, ten płaci mniej.
Nie było to jednak dotąd logiczne dla naszych urzędników. I tak Straż Graniczna chwali się, że w dobie kryzysu posyła swoich funkcjonariuszy na kursy ecodrivingu, bo to świetny sposób na oszczędności. Litr "dziewięćdziesiątki piątki" kosztuje powyżej 4,5 zł i te z urzędów czy instytucji państwowych, które dysponują flotą samochodów, szkolą swoich kierowców. Uczą się oni, żeby jeździć z pustym bagażnikiem, dbać o odpowiedni poziom ciśnienia w oponach, jeździć płynnie, bez szarpaniny i wrzucać wyższy bieg, nie "piłując" silnika. No eureka!
I to ma być powód do chwały? Przyczynkiem do oszczędności ma być kryzys? Przecież to jawne przyznanie się do tego, że wcześniej kierowcy w służbie państwa nie zwracali uwagi na to, ile paliwa zużyją ich służbowe auta. Czyli wcześniej nasze - podatników - pieniądze można było marnować, a dziś nauczymy się, jak zaoszczędzić 20 proc. paliwa, odkrywając Amerykę, że nie należy gwałtownie ruszać czy hamować. Nawet w ministerstwach dyskutuje się o oszczędnej jeździe, bo premier Tusk zażądał cięcia wydatków. Tu jednak nie będzie szkoleń, ale urzędnicy zapewniają, że ich kierowcy "dziś potrafią wymienić najważniejsze zasady ecodrivingu".
Brawo! Tylko dlaczego ten mityczny kryzys musiał stać się przyczyną, żeby zadbać o pieniądze? Odpowiedź jest chyba prosta. Przecież wydają cudze, bo nasze.
Joanna Krężelewska

























Kontakt: