List otwarty członków KSM Przylesie
LIST OTWARTY
WALNE ZGROMADZENIE W KSM „PRZYLESIE" - FAKTY
W związku z publikacją wywiadu jakiego Kazimierz Okińczyc, prezes zarządu KSM „Przylesie" w Koszalinie, udzielił red. Tomaszowi Wojciechowskiemu (tekst pt. „Nie toleruję jedynie głupoty...",„Miasto" 2-8 lipca 2010r.), my, członkowie KSM „Przylesie", przedstawiamy nasze stanowisko w tej sprawie.
Uważamy, że kłamstwu trzeba dawać odpór, a kłamcom dowód, że nie są bezkarni.
Opublikowany w „Mieście" wywiad był kolejną, bezczelną próbą wprowadzenia w błąd opinii publicznej na temat przebiegu spotkań ze spółdzielcami w ramach Walnego Zgromadzenia członków spółdzielni. Był przy tym narzędziem dyskredytowania ludzi, którzy od dawna kwestionują sposób, w jaki zarządzana jest KSM „Przylesie", próbą przykrycia skandalicznych okoliczności, w jakich odbywały się obrady Walnego Zgromadzenia, jak również sposobem na odwrócenie uwagi od prokuratorskiego śledztwa w sprawie nadużyć w spółdzielni,które – przypomnijmy - już zaowocowało zarzutami z Kodeksu karnego wobec m.in. Kazimierza Okińczyca.
Warto podkreślić, że ów wywiad, pełen obraźliwych dla spółdzielców epitetów, opublikowano na łamach lokalnego pisma kontrolowanego de facto przez Kazimierza Okińczyca. Nie jest bowiem tajemnicą, że tygodnik „Miasto" wydaje wydawnictwo PerMedia S.A., którego znaczącym udziałowcem są spółki Przedsiębiorstwo Budowlane „Przylesie" sp. z o.o. i Telewizja Kablowa Koszalin sp.z o.o., czyli podmioty zależneod KSM „Przylesie", a sam Okińczyc zasiada we władzach statutowych spółki wydawniczej. Ten fakt rzuca dodatkowe światłona intencje zarówno gazety, jak jej rozmówcy. Mamy więc prawo podejrzewać, żetekst godzący w nasze dobre imię,powstał po prostu na zamówienie.
Odnosząc się do samego wywiadu. Mija się z prawdą. Kazimierz Okińczyc, gdy twierdzi, że„Każdy z członków spółdzielni,a mamy ich około 9 tysięcy,mógł sam zdecydować o podjęciu odpowiednich uchwał". Prawda jest taka, że na zgłoszonych przez spółdzielców– zgodnie z prawem – siedem projektów uchwał,do porządku obrad Walnego Zgromadzenia ZARZĄD przyjął tylko jeden projekt. Porządek obrad, ustalony przez ZARZĄD, jest swoistym kuriozum, niezgodnym z Ustawą o spółdzielniach mieszkaniowych (z art. 83ust.6) oraz stojącym w sprzeczności z Regulaminem Obrad Walnego Zgromadzenia (który swojądroga jest bublem prawnym). Regulamin ten w § 11 przewiduje dyskusję, której jednak na żadnym tzw. Cząstkowym Walnym Zgromadzeniu nie było.Nie dopuszczono też do zadawania pytań w sprawach objętych porządkiem obrad.
Osobliwym zwrotem w ustach prezesa jest „przeprowadzenie głosowania nad uchwałą",podczas gdy owo głosowanie to najlepszy przykład dyktatu. Członkowie spółdzielni,biorący udziałw Walnym Zgromadzeniu, zostali sprowadzeni do roli maszynki dogłosowania, bo wszystkie uchwały zostały już wcześniej „ustawione"!
Członkowie spółdzielni, którzy uważnie przyjrzą się wybranym członkom Rady Nadzorczej,
dostrzegą od razu, co zrobił prezes. Na swojej „szachownicy" pionki poprzesuwał na miejsce figur, a figury na miejsce pionków. Pionki to dotychczasowi członkowie Rad Osiedli, a figury to dotychczasowi członkowie Rady Nadzorczej. Słowem czysta farsa
W związku z nieprawidłową procedurą wyboru członków Rady Nadzorczej w czasie Walnego Zgromadzenia, złożyliśmy do Sądu pozew o stwierdzenie nieważności tej uchwały. Jeżeli sąd uzna nasze racje, wybory, a co za tym idzie i Walne Zgromadzenie muszą być powtórzone.
Niepoważne jest też twierdzenie prezesa o głosowaniu nad absolutorium dla zarządu spółdzielni, jako o głosowaniu„tajnym". Czy można mówić o głosowaniu tajnym, skoro przebiegało ono według z góry opracowanego, ścisłego scenariusza?
Kazimierz Okińczyc żali się w wywiadzie, że„są pewne osoby, które chcą się go pozbyć już od 10 lat" i dodaje, że „nie możnadziałać pomówieniami, opluwaniem spółdzielni". Swoista to retoryka, bo wynika z niej, żespółdzielnia to Okińczyc. Ci natomiast spośród spółdzielców,którzy krytycznie oceniają sposób zarządzaniaspółdzielnią przez prezesa, to nie normalna opozycja, tylko „pieniacze",„wichrzyciele", czy nawet – jak to powiedział kiedyś w programie TV - „durnie", na domiar posługujący się hasłem „rozwalmy spółdzielnię".
Prezes dodaje, że jest atakowany, ale „brak jest konkretnych argumentów, zarzutów". No, to już nawet nie jest śmieszne. Krytyczne uwagi, w oparciu o konkrety, formułowane są od lat i tworzą szeroki wachlarz - od autorytarnego zarządzania spółdzielnią do podejrzeń o wyprowadzanie majątku spółdzielni do prywatnych spółek. Nie miejsce, żeby je tu wymieniać, dość powiedzieć, że część tych pretensji zawiera sięw grubych tomach sprawy, którą w kwestii nieprawidłowości w „Przylesiu" od ponad dwóch lat prowadzi koszalińsk prokuratura.
Kazimierz Okińczyc, który jak wynika z wywiadu, ceni sobie krytykę,ale tylko „konstruktywną",zdaje sobie zatem sprawę z istnienia „opozycji". Niestety, nigdy jej nie zaprasza dopublicznej debaty, choćby w – przynajmniej formalnie należącej do spółdzielców - Telewizji Kablowej Koszalin. Zamiast tego prezes tę opozycję za wszelką cenę chce wyeliminować, albo przynajmniej zablokować,np. wynajmując ochroniarzy, którzy pilnują, by na Walne Zgromadzenie nie dostali się ludzie „niewygodni". „Pilnowali przebiegu porządku obrad przed wtargnięciem zadymiarzy" - mówi prezes w wywiadzie.
W sytuacji, w której spółdzielców nazywa się „zadymiarzami" przedstawianie siebie jako „człowieka dialogu" jest czystą bezczelnością, hipokryzją i kpiną z inteligencji czytelników. Przykłady patologicznych skutków, jakie rodzi „demokracja" wedługKazimierza Okińczyca,możnamnożyć. Za przykład niech posłuży przepis, przyjęty dzięki polityce „dialogu", czyli zapis § 30 ust. 8 Statutu spółdzielni,który brzmi: „Uchwała w sprawie zbycia nieruchomości, zbycia zakładu lub innej wyodrębnionej jednostki organizacyjnej jest ważna niezależnie od liczby członkówu czestniczących w poszczególnych częściach Walnego Zgromadzenia uprawnionych do głosowania".Jest to zapis – trzeba to określić wprost – kryminogenny (daje zarządowi nieskrępowaną możliwość zbycia np. spółki PRB należącej w 100 proc. do spółdzielni, czy nieruchomości po „Domarze")
Jest jednak w wywiadzie jedno zdanie Kazimierza Okińczyc,z którym musimy się zgodzić.Otóż zapewnia on, że„dba o pracowników". To prawda. Wystarczy powiedzieć,że tylko w 2009 r. na wynagrodzenia w KSM „Przylesie" wydatkowanoprawie 4,5 mln zł, co przy zatrudnieniu 85 osób daje 4,4 tys. zł średniej miesięcznej pensji pracownika spółdzielni.Przy takich zarobkach nietrudno o całkowitą lojalność aparatu spółdzielni. Pytanie, ile w sumie zarabia prezes i jakie są wynagrodzenia członków Rady Nadzorczej spółdzielni, nigdy nie doczekało się odpowiedzi.
Kazimierz Okińczyc odnosi się też w wywiadzie do problemu spółdzielczości mieszkaniowej w ogóle, twierdząc,że„nagonka na spółdzielczośćw Polsce to próba dezintegracji społecznej".Ale Okińczyc sam najlepiej wie, że to nie nagonka, tylko od lat skutecznie blokowane przez lobby prezesów spółdzielni, PRÓBY PRZYWRÓCENIA SPÓŁDZIELNI SPÓŁDZIELCOM.
Obrażając zaś spółdzielców stwierdzeniem, że„nie toleruje tylko głupoty,bo zresztąda się żyć",prezes „Przylesia" strzela sobie w kolano. Bo przecież wciskając reporterowi „Miasta" te wszystkie głupoty, robi głupków ze wszystkich czytelników.
Podsumowując - wywiad, jakiego udzielił Kazimierz Okińczyc „Miastu", w naszej ocenie nie zasłużył on na inne określenia niż arogant, manipulator, uzurpator i oszczerca.

























Kontakt: