Mim
W szarej monotonii dnia codziennego zdarza się spotkać kogoś lub coś, co wnosi w tę szarość odrobinę poezji. Może to być fragment wiersza napisany kredą na murze, uliczny muzyk albo mim ubarwiający miejski koloryt. Koszalin jest pod tym względem niestety ubogi: uliczni artyści pojawiają się jedynie latem i w dodatku w pobliskim Mielnie. Jeżeli już zdarzy się nam spotkać w centrum miasta jakiegoś przebierańca, to można spokojnie założyć, że za chwilę wręczy nam ulotkę z ofertą któregoś z banków.
Tym większym zaskoczeniem był dla mnie widok stojącego obok pasażu Merkury mima, który niczego nie reklamował. Ubrany w biało-czarny, przypominający szachownicę strój, z połową twarzy pomalowaną na biało i połową na czarno, stał nieruchomo na niewielkim podwyższeniu z zawieszonym jakby w powietrzu bębenkiem, wpatrując się gdzieś przed siebie. W leżącym na chodniku tak samo pomalowanym garnuszku pobłyskiwało kilkanaście jedno i dwuzłotowych monet. Obok drzemał żółty (niepomalowany) pies.
Żebrak czy artysta?
Nie lubię żebraków. Omijam z daleka jęczące o datek kobiety o cygańskiej urodzie wysiadujące na ulicy z małymi dziećmi; odmawiam facetom zaczepiającym ludzi ochrypłym z przepicia głosem: „kierowniku, dwa złote na bułkę". Ale ten mim niczego ode mnie nie chciał, nie miał żadnej kartki z łzawą historią życia, on po prostu stał w środku mglisto-wilgotnego, jesiennego Koszalina, jakby w jakiś niezwykły sposób przeniósł się tutaj ze świata cyrkowych akrobatów, tancerek i klaunów. Takich artystów: występujących na ulicach grajków, aktorów, mimów, klaunów, tancerzy, żonglerów, machaczy ogniem itp. zwie się buskerami. Ich występy są zwykle połączone ze zbieraniem datków od przechodniów do futerału od instrumentu lub kapelusza.
Wrzucona do garnuszka dwuzłotówka spowodowała, że mim drgnął i zagrał na bębenku krótkie solo. Spowodowała również, że mimo, iż mimowie z reguły są niemi, udzielił mi krótkiego wywiadu.
Z Koszalina do Hiszpanii
Jest koszalinianinem, który ostatnie 8 lat spędził poza granicami kraju: głównie w Hiszpanii i Portugalii. Zarabiał na życie w taki właśnie sposób: jako mim, wśród podobnych mu ulicznych artystów. Wielu takich widziałem: na deptaku w centrum hiszpańskiej Malagi siedział człowiek przebrany za ducha wulkanu, w stroju do złudzenia przypominającym zastygłą lawę. Na reprezentacyjnym placu Palma de Mallorca siedział jakby wykuty z metalowej blachy „mechaniczny zegarmistrz", przechadzali się „niewidzialni ludzie" w kapeluszach i okularach zawieszonych w przestrzeni na niewidzialnej głowie. W Krakowie obok kościoła Mariackiego można było spotkać postać Edwarda Nożycorękiego jakby wprost przeniesionego z filmu Tima Burtona. W tym roku w Mielnie pojawił się stylowy pirat (przyjechał zarabiać nad morzem aż z Lublina) i pomalowany na złoto rycerz. Turyści chętnie wrzucają im kilka monet, ba, zdarza się, że wrzucają im banknoty, czasem nawet o znacznych nominałach. W sezonie, dobrym miejscu, uliczny artysta jest w stanie zarobić dziennie kilkaset złotych.
Koszalińskiemu mimowi nie wiodło się za granicą jakoś rewelacyjnie, ale nie wiodło mu się też źle. Dwie rzeczy spowodowały, że zdecydował się wrócić: kryzys i... rozszerzenie Unii Europejskiej (zwłaszcza o Rumunię), co spowodowało, że mimowie zaczęli być kojarzeni z żebractwem. W niektórych miastach wprowadzono obowiązek opłat od takiej działalności, w innych wręcz jej zabroniono.
Z Hiszpanii do Koszalina
W marcu Mim zdecydował się wrócić: całą trasę pokonał rowerem (!) w towarzystwie przygarniętego w Hiszpanii psa (śmieje się, że obaj rozumieją po hiszpańsku). Mieszka z mamą. Na razie nie podjął żadnej stałej pracy, zarabia stojąc w tygodniu jako mim w centrum miasta i w niedziele stojąc na giełdzie. Jak długo? Któż to wie? Dopóki pogoda pozwoli. A później? Może Mielno, Kołobrzeg albo gdzieś dalej. Artyści są wolni.
































Kontakt: