Pożegnanie z Afryką
Zacznijmy jednak od tego, co najważniejsze. Poziom spotkań przeciętny. Najlepsi gracze, którzy mieli błyszczeć, wyglądali na przemęczonych sezonem i bez większych chęci poruszali się po boisku. Zawiódł Rooney, tradycyjnie już nic swojej drużynie nie dał Cristiano Ronaldo. Nawet Messi, choć próbował, nie był w stanie ani razu pokonać bramkarza rywali. Świetnie wypadli za to ci, którzy - z różnych przyczyn - mieli za sobą lżejszy sezon. Postrachem bramkarzy był Miroslav Klose, który nie mieści się w podstawowym składzie Bayernu Monachium. Błyszczał niedoceniany Diego Forlan, a postrachem obrońców był słabo znany do tej pory młodziutki Mesut Ozil.
Prawdziwe emocje pojawiły się dopiero w ćwierćfinałach, które swą dramaturgią wynagrodziły to, co działo się, a właściwie nie działo się wcześniej. Triumf Holandii nad Brazylią, czy też Niemców nad Argentyną - to z pewnością wydarzenia tych mistrzostw. Szkoda tylko, że nawet na tych meczach nie było kompletu widzów. Generalnie, trybuny za często świeciły pustkami, a czary goryczy dopełnili sędziowie, którzy popełnili kilka tak skandalicznych błędów, że przejdą one do historii futbolu.
Dlatego też z mundialem w Afryce żegnam się bez większego żalu. Do następnych mistrzostw - jako niepoprawny kibic optymista - zapomnę o tym, co nie zachwyciło mnie w RPA i z niecierpliwością będę odliczał dni do kolejnego czempionatu w Brazylii. I czym tu tak się zachwycać? - mogą spytać niezorientowani w temacie. A tym, że futbol to nieprzewidywalna gra.
Rafał Nagórski
























Kontakt: