Tajemnicze freski w Koszalinie
Od czasu do czasu łuszcząca się farba albo odpadający tynk odsłania na fasadach dawnych kamienic zatarty niemiecki napis. Nieco lepiej zachowały się wnętrza niektórych klatek schodowych, gdzie wciąż jeszcze można spotkać na niektórych starych drzwiach wejściowych do mieszkań kilkudziesięcioletnie (i nieużywane już) skrzynki na listy z napisem „Briefe".
Tajemnicze freski
Prawdziwa niespodzianka kryje się wewnątrz w niewielkiego, kilkurodzinnego budynku przy ul. Zwycięstwa 189. Zachowana w całkiem dobrym stanie fasada ozdobiona kilkoma niewielkimi ozdobnymi płaskorzeźbami oraz stare, ale dość skromne w wyglądzie drzwi nie zapowiadają tego, co ujrzałem wewnątrz: ścian i sufitu klatki schodowej ozdobionej kilkoma dużymi dekoracyjnymi freskami.
Właściwie słowo „fresk" jest tutaj nadużyciem, ponieważ tym terminem można nazwać technikę malarstwa ściennego polegającą na malowaniu farbami na mokrym tynku. Jest to jedna z najtrudniejszych technik malarstwa: należy zdążyć z malowaniem w czasie schnięcia zaprawy, a przy stosowaniu tej techniki dokonywanie jakichkolwiek poprawek i zmian w malowaniu jest praktycznie niemożliwe. Wymaga to od autora dzieła dużej wprawy.
Malowidła zdobiące klatkę schodową wyglądają na zwykły malunek farbami fasadowymi i raczej trudno je zaliczyć do jakichś cennych dzieł sztuki. Mimo to robią wrażenie – przede wszystkim tym, że przetrwały w znakomitym stanie. W pierwszej chwili można by wręcz sądzić, że namalowano je góra kilka lat temu. Wrażenie potęguje fakt, że sień została wiosną tego roku odnowiona: na ścianach położono gładź gipsową i je odmalowano, pozostawiając wszakże obrazy. Namalowane monochromatycznym brązowym kolorem przedstawiają ukazane w stylizowanej formie fantazyjne pejzaże: na wysokich skałach widać zamki, wieże i łukowate mosty. Wszystko to trochę przypomina chińskie malarstwo: kompozycją, kształtem drzew, kolorystyką. Sufit całkowicie wypełnia namalowany zieloną farbą ornament przedstawiający stylizowane motywy roślinne.
Autor nie pozostawił swojego podpisu i nie wiadomo, kim był. Można jedynie domniemywać, że był kimś więcej niż prostym malarzem tapeciarzem – może nauczycielem rysunków jednej z koszalińskich szkół?
Zleceniodawcy
Pewniejsze natomiast jest, kim byli zleceniodawcy malowidła: aby do tego dotrzeć, należało wpierw ustalić przedwojenny niemiecki adres budynku. Nie było to trudne, ponieważ sąsiaduje on z szeregiem powstałych w latach 30 XX w. osiedlem wybudowanym przez Spółdzielnię Pocztowców (Postsiedlunggenossenschaft), które wg książki adresowej z 1939 r. zajmuje nieparzyste numery Rogzower Allee od 75 do 101. Obecny budynek (wybudowany w latach 20 XX w.) był więc oznaczony numerem 73 i w 1930 r. mieszkali w nim: Hugo Strelow – stolarz (wcześniej mieszkał przy Quebbestr., dzisiejszej Dzieci Wrzesińskich), jego syn dentysta Paul Strelow (swój gabinet miał w okolicach dzisiejszego sklepu Parkowego przy ul. Zwycięstwa, kelner Herman Finkelmeier, Frieda Kintzel – sekretarka, Erich Otto – urzędnik, Julius Sommerfeld – kupiec i Albert Votz – emerytowany nauczyciel. Dziewięć lat później z dawnych lokatorów pozostali jedynie dentysta Strelow i jego ojciec, który tymczasem przeszedł na emeryturę, zniknął kupiec Sommerfeld o żydowskobrzmiącym nazwisku, a w miejsce sekretarki, urzędnika i emeryta pojawili się zdecydowanie zamożniejsi Siegfried Fehmer - komisarz policji kryminalnej, jego kolega z pracy, Kriminal Oberassistent Werner Marek, inżynier Paul Iwan i radca, Dr Johannes Krüger. Być może to właśnie oni – wykształceni i nieźle (zapewne) zarabiający postanowili jako wspólnota mieszkaniowa zamówić udekorowanie klatki schodowej budynku, w którym mieszkali. Ich ślad przetrwał m. in. dzięki współczesnej wspólnocie, która dba o to, by tzw. część wspólna była czysta, schludna i po prostu ładna.





























Kontakt:
Że tak głupio spytam?
Skąd wiadomo, że te malunki są przedwojenne, a nie dokonano ich po prostu niedawno, właśnie przy okazji wspomnianej renowacji wnętrza klatki schodowej?
Byłem widziałem, rozmawiałem
Rozmawiałem z jednym z lokatorów: twierdził,że mieszka tam od 40 lat i "te malunki były ZAWSZE", a jego nieżyjąca już sąsiadka, która mieszkała tam od 1946 roku twierdziła, że gdy się wprowadzała, to malowidła już były.
Poza tym: z bliska widać, że zostały wykonane dawno (ale jak dawno - nie wiadomo), podczas renowacji (co widać właśnie z bliska) te zamalowane partie pozostawiono nieruszone. No i w dzisiejszych czasach rzadko można spotkać takie zdobienia, zwłaszcza wykonane na suficie, a jeszcze rzadziej ludzi chętnych zafundować w tzw. części wspólnej niewątpliwie kosztowną dziś fanaberię.