Wybuch odkrył ślady afery
W miejscu, gdzie jeszcze wieczorem stał okazały budynek, widniały ruiny. Front, razem z okazałym krużgankiem, ocalał. Eksplozja zrobiła wielki lej w ziemi. Odłamki szyb i gruz rozrzucone były w promieniu 50 m.
Podczas odgruzowywania znaleziono ciało kasjera PKS. To był pierwszy ślad największej afery, jaka w czasach wczesnego Gierka wstrząsnęła Koszalinem. Początkowo mówiło się nawet, że jest to być może zamach o podłożu politycznym.
Oszustów było sześciu
Po półrocznym śledztwie zatrzymano dwie osoby, potem kolejne. 2 lipca 1973 r. zapadł wyrok. Na ławie oskarżonych zasiadło czworo pracowników PKS - dwie kasjerki i dwóch kierowników. Piątym był młody porucznik Wojska Polskiego, syn jednego z aresztowanych. Zarzucono mu skonstruowanie ładunku wybuchowego. Szósty - pomysłodawca oszustwa - zginął pod gruzami budynku.
Co odkryto?! Przez lata w kasach PKS sprzedawano bilety poza ewidencją, a pieniądze trafiały do kieszeni oszustów. Kasjerki fałszowały dokumentację sprzedaży biletów autobusowych wprowadzając do obiegu bilety poza ewidencją. Działali z nimi dwaj kierownicy. W sumie zagarnęli około trzech mln zł. Oszukańczy proceder był możliwy, bo oskarżeni skorumpowali kontrolujące je osoby.
Kasjerki skazano na 8 i 7 lat, grzywny oraz konfiskatę mienia. Dwaj kierownicy otrzymali po 15 lat, grzywny i konfiskatę mienia. Młody porucznik, który miał skonstruować ładunek, dostał pięcioletni wyrok. Niewiele wyszło z konfiskaty majątku - nawet przekopywano ogródki przydomowe. Bez rezultatu. Skazani nie dorobili się zbyt wiele.
Kasjer to dopiero miał koneksje...
Kasjer, który zginął pod gruzami był skarbnikiem Polskiego Związku Łowieckiego, obracał się w otoczeniu prominentnych osób. Miał drugą pasję - pokera. Do stołu siadał z oficerami Milicji Obywatelskiej, prokuratorem, kierownikami i dyrektorami koszalińskich zakładów. Gra toczyła się o wielkie stawki - przegrywano samochody, działki budowlane, duże ilości gotówki. Kasjer zarabiał około 2 tys. zł miesięcznie, a tyle potrafił jednej nocy zostawić przy stoliku.
Wszystko przez nowego dyrektora
Wybuch w czerwcu nie był przypadkowy. Oszustom zaczął palić się grunt pod nogami. W marcu 1971 r. pojawił się nowy dyrektor, który zaplanował przeprowadzenie kontroli w kasach. Spłata takiego zadłużenie nie była możliwa. Tuszowanie braków w kasie też. Pozostawało jedno: zniszczyć dowody przestępstwa. Nocą z 23 na 24 czerwca kasjer w pomieszczeniu magazynku podręcznego umieścił kilkanaście kilogramów masy zapałczanej, obłożył go bloczkami biletowymi i polał benzyną. Nie zdążył uciec, bo ogień spowodował zapalenie się oparów benzyny. Nastąpił wybuch, który rozsadził ściany, a te oprzygniotły pechowego kasjera.
Było wiele nieścisłości i luk w materiale dowodowym, ale wzrok sadu okazał się prawomocny. Nie pomogły nawet prośby o ułaskawienie. Jeden z oskarżonych zmarł w więzieniu. Dwaj pozostali po odbyciu dwóch trzecich kary wyszli na wolność i usiłowali się zrehabilitować. Nie wyjaśniono także skąd wzięto masę zapałczaną, chociaż wiadomo było, że w tym czasie z terenu Fabryki Zapałek w Sianowie zginęło kilkanaście kilogramów tej substancji.
Fot. Radek Koleśnik
Ilustracja: ze zbiorów Macieja Sprutty



























Kontakt: