drukuj

Coś osobistego i zimowego

Saneczkowe szaleństwo

Wreszcie spadł śnieg i można było się wybrać na sanki. Po wielu latach przerwy (jako człowiekowi dorosłemu głupio mi było samemu jeździć) mogłem wreszcie pozjeżdżać bez ryzyka, że każdy, kto mnie zobaczy, będzie się pukał wymownie w czoło. Poszedłem na sanki z moim 4-letnim Michałem. Pomimo że śniegu za dużo nie było, to zaliczyliśmy kilka wspólnych zjazdów. Michał był cały szczęśliwy. - Tata, ale fajnie, nie? - pytał mnie co chwilę. - Jasne, że fajnie - odpowiadałem.

Ja pamiętam swoje długie, drewniane sanki, które - po nasmarowaniu płóz świecą - śmigały najdalej ze wszystkich. Pierwsza ważna górka, którą pewnie pamiętają wszyscy, który mieszkali na Północy, to górka przy dawnej SP 15, obok stadionu ABC. Którejś zimy były tam dwa zjazdy: dla tych, co zjeżdżali na sankach, i dla tych, którzy robili to na butach (a to już była wyższa szkoła jazdy). Drugim rajem dla koszalińskich saneczkarzy było wzniesienie z pomnikiem Hasiora. Były zimy, że dzieciaki chyba z całego Koszalina tutaj przychodziły. Wtedy też zapanowała moda, aby wycinać z plastikowych poręczy w blokach nartki, które po odpowiednim wyprofilowaniu nakładało się na buty i śmigało aż do ul. Gdańskiej (urządzaliśmy nawet slalom pomiędzy wbitymi kijkami). No i trzecie miejsce: Góra Chełmska. To już była cała wyprawa, ale zjazdy z jej wzniesień niosły ze sobą niezapomnianie wrażenia.

Dlaczego o tym piszę? Bo Michał w pewnej chwili zapytał mnie: Tata, a gdzie ty zjeżdżałeś, jak byłeś mały. No, jeździłem właśnie tam. I to nie sam: zawsze wokół była chmara dzieciaków, które teraz pewnie wypatrują śniegu, aby pojeździć ze swoimi dziećmi i wrócić do wspomnień. Ja wróciłem i było fajnie. Serdecznie pozdrawiam wszystkich koszalińskich saneczkarzy z pierwszej połowy lat 80!

Piotr Polechoński 

Zdjęcia

  • Saneczkowe szaleństwo

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać